Po porannej zabawie z wałachami dałam ich chwile wytchnienia na łące, na której zaraz puścili się żwawym galopem, oczywiście towarzyszyły temu głośne rżenia i wysokie barany. Diament powoli odzyskuje swoją formę z czego niesamowicie się cieszę, kiedy do nas przyjechał był obrazem nędzy i rozpaczy. Żebra, które mogłam policzyć bez problemu, zadrapania i kilka niezagojonych do końca ran.
Zmieniła go głównie terapia ziołowa, z której korzystam od zalania dziejów, kilka wywarów, które przygotowałam natychmiast zadziałały, a koń na nowo cieszył się życiem.
Wybrałam się do paszarni, zaciągając na dłonie rękawy.
- Co za nieprzyjemny wiatr... - mruczałam sama do siebie
Weszłam po schodkach. Gdy zamknęłam za sobą drewniane drzwi, obiła się o mnie fala ciepła, która wydobywała się z rozpalonych kominków. Podeszłam do stołu, gdzie były porozrzucane otręby i owies. Zamaszystym ruchem zmiotłam wszystko z powierzchni deski, wyrzucając resztki do kosza na śmieci. Sięgnęłam po wiaderko, do którego wsypałam jedną miarkę zmielonej dzikiej róży oraz parę sproszkowanych kozieradek. Dosypałam otrębów i do pełna napełniłam rozmielonym owsem. Gołymi rękami wymieszałam papkę dla Diamenta i na koniec wlałam szklankę wody. Wzięłam metalowy uchwyt i wyszłam z pomieszczenia, szczelnie zamykając drzwi.
Weszłam do stajni, wszystkie konie wyciągnęły łby zza boksów i patrzyły na zmieszane nasiona, które niosłam w przezroczystym wiaderku. Nie obyło się bez kilku kopnięć o drzwi boksów, więc czym prędzej weszłam do pustego "mieszkania" wałacha i wsypałam całą zawartość do opróżnionego żłoba.
Chwilę potem postanowiłam rozglądnąć się po ośrodku, czy przypadkiem czegoś nie sprzątnąć, nie przywrócić do porządku. Słońce w tym czasie wyszło zza szarych chmur i rozświetliło wybiegi i łąkę, na której pasły się gniadosze. Uśmiechnęłam się sama do siebie, a porządek pokwitowałam skinięciem głowy.
Przebrana w kremowe bryczesy i białą bluzkę z kołnierzem, spojrzałam na zegarek, który wskazywał godzinę 17:08.
- Chyba już kolej na Szafira.
Biegiem popędziłam do siodlarni, z której wyciągnęłam skórzane siodło mojego wałacha, pod kolor wzięłam białe ochraniacze oraz czaprak, który niedawno nabyłam. Wychodząc złapałam ogłowie razem z wytokiem i pobiegałam pod boks, który znajdował się na zewnątrz stajni.
- I co maluchu, gotowy na przejażdżkę? - otworzyłam drzwi, a na stojak powiesiłam siodło oraz resztę rzeczy, które trzymałam w rękach.
Zakładając na jego szyję uwiąz, wyprowadziłam Szafira przed boks i przywiązałam do uchwytu.
- Mój kochany... - szepnęłam, gładząc szyję siwusa
Wzięłam ogłowie i nałożyłam prędko na jego łeb, dokładnie zapinając wszystkie potrzebne paski.
Usadowiłam czaprak na jego grzbiecie i ostrożnie dopasowałam siodło, montując poprawnie wytok, zapięłam popręg, dociągając wystarczająco. Rozwinęłam strzemiona i zajęłam się ochraniaczami, które pozapinałam na wszystkie cztery nogi wałacha.
Kiedy wszystko już było perfekcyjnie ułożone założyłam toczek i rękawiczki, odwiązałam uwiąz i skierowałam się na dużą ujeżdżalnie.
Porozstawiane były rozmaite przeszkody, przez co nasz trening wcale nie będzie nudny.
Szybkim ruchem wsiadłam na Szafira i od razu skierowałam go na ścianę samymi łydkami. Przykładałam raz jedną raz drugą, aby wałach trzymał odpowiednią szybkość i żwawość swojego stępa. Wiatr przestał wiać, a słońce grzało prosto w naszą drogę. Pogładziłam Szafira i przyłożyłam łydki do jego boków, koń zakłusował, a ja od razu złapałam rytm kłusa anglezowanego.
Robiliśmy wolty i półwolty, co urozmaicało naszą pracę.
Po kilku okrążeniach kłusem, postanowiłam najechać na szereg przeszkód do 50 centymetrów, nakierowałam Szafir na niego, a koń przejechał perfekcyjnie, wszystkie przeszkody były idealnie prosto najechane, co ułatwiało wałachowi skoki.
Kiedy wjechaliśmy na ścianę, od narożnika zaczęłam galopować w półsiadzie.
Skróciłam wodzę i zrobiłam parę kółek zanim najechałam na większą przeszkodę. Szafir miał ogromną ilość energii w sobie, co postanowiłam na dzisiejszym treningu wykorzystać. Zrobiłam woltę w galopie i najechałam na metrową stacjonatę, przed skokiem zacisnęłam łydki, a koń zrobił wysoki zapas. Poklepałam go po szyi i skierowałam go na kolejną przeszkodę, którą już przeskoczył wspaniale, bez dużego wybicia.
Galopowałam po ścianie, oddałam mu wodzę, aż w końcu je puściłam, uniosłam ręce na boki i usiadłam w pełnym siadzie. Ten koń jest niesamowicie wygodny, przez co utrzymywanie równowagi na nim było niezwykle łatwe jak i przyjemne. Przyciskałam do jego boku pięty, aby nie zwalniał, a wręcz przeciwnie - przyspieszał. Po paru minutach złapałam skórzane wodze i zwolniłam jego chód do stępa. Rozmyślałam, co by teraz zrobić, aż wpadłam na pomysł wyjechania w teren i rozluźnienia się na przeogromnej łące.
Skierowałam się w stronę wyjścia i kłusem wyjechałam ze stajni, kierując się na pola niedaleko stadniny. Rozejrzałam się, słońce uderzyło swoim blaskiem, dlatego odwróciłam natychmiast wzrok i skierowałam go pomiędzy uszy konia. Przycisnęłam łydki, a koń zaczął galopować przed siebie, naciskałam piętami i rozluźniłam ucisk na wodzach, koń zaczął cwałować, jeszcze nigdy nie czułam takiej adrenaliny. Było niesamowicie! Odpuściłam całkiem wodze, a koń jeszcze bardziej przyspieszył. Wyścig z wiatrem - czyli to co najbardziej lubimy...
