piątek, 24 października 2014

Lukrece - Poranek w stajni

Wyszłam z domu wczesnym rankiem zostawiając moją zaspaną siostrę z posiłkiem, który dla mnie przygotowała i pobiegłam do stajni. Powoli i ostrożnie otworzyłam wielkie brązowe drzwi budynku. Wszystkie głowy koni gwałtownie się podniosły, a ja wyszeptałam ostrożne "Czeeść" do wszystkich koni. Kilka z nich zarżało, ale ja od razu skierowałam się do dużego boksu z niewymienionymi drzwiami. Koń łagodnie zarżał i trącił mnie nosem, gdy wślizgnęłam się do środka. Pogłaskałam konia po nosie i powiedziałam prawie niedosłyszalnie: - Mam dużo roboty, ale przyjdę później i wszystko Ci wynagrodzę. Podałam Sante miętusa i poszłam do paszarni.
Wydzieliłam wszystkim koniom porcje owsa oraz napełniłam siatki na siano. Przyniosłam wszystko do stajni i rozdałam koniom. Posprzątałam paszarnię, pozamiatałam, napoiłam konie. Następnie wybrałam się do boksu Tear, nowej klaczy, którą będę leczyć. Jej przeszłość była czymś, czego nie mogę sobie nawet wyobrazić. Była bita, wiązana i głodzona. U weterynarza doszła do siebie, lecz tylko ze strony fizycznej. Psychicznie jest to koń całkowicie zniszczony. Pamiętając o jej przeżyciach i obecnym stanie postanowiłam zacząć wszystko do początku. Zważając na to, że podczas karmienia konie zwracają mniejszą uwagę na to co sie wokół nich dzieje postanowiłam sprawdzić na co mogę sobie pozwolić przy Tear i na jakim etapie znajduje się nasza praca. Na początku po prostu stanęłam przy jej boksie i czekałam na reakcję. Klacz popatrzyła tylko na mnie ze strachem, lecz po chwili wróciła do swojego posiłku. Była już do mnie trochę przyzwyczajona dzięki temu, że była u nas już 2 tygodnie aklimatyzując się. Zdecydowałam się na następny krok. Powoli otworzyłam zasuwę i stanęłam w drzwiach jej boksu, klacz jednak nie zwróciła na mnie uwagi. Wyciągnęłam przed siebie rękę, a wtedy hanowerka gwałtownie odskoczyła w głąb boksu. Starałam się uspokoić ją głosem, ale nie wycofałam się. Stałam tak jakieś 10 minut z wzrokiem wlepionym w ziemię. Nie podnosząc głowy wyszłam i uznałam króciutką sesję za udaną. Szybkim krokiem udałam się na pole gdzie nazrywałam ziół, których zapasy wyczerpywały się.
Zanosząc lecznicze rośliny sięgnęłam po nóż i na niewielkim blacie posiekałam trochę rokitnika i imbiru, resztę powiesiłam przy szafce, aby mogły się ususzyć. Poszłam do stajni spokojnym krokiem i udałam sie prosto do naszego nowego lokatora - wychudzonego Diamenta. Weszłam do jego boksu i korzystając z tego, że nie zjadł jeszcze swojej paszy wsypałam wałachowi przygotowaną mieszankę ziołową. Imbir zwiększał apetyt, a rokitnik poprawiał przyswajalność składników odżywczych. Przejechałam ręką po jego bokach. Ciężko się patrzyło na tak wychudzonego konia. Poklepałam Diamenta, wyszłam z boksu i z wielką siłą pchnęłam oporną zasuwę. Wtedy zauważyłam wyłaniającą się z cienia Nelly. Uśmiechnęłam się delikatnie i skierowałam w jej stronę.
- Co tu robisz?! Sylvia powiedziała, że wyszłaś z domu.. - wyrzuciła siostra.
- No tak, zgadza się.
- Ale.. - wpatrywała się we mnie z grymasem.
- Wyszłam z domu i cały ranek spędziłam w stajni. - uświadomiłam jej.
- Aha, już rozumiem..
- Coś się stało?
- Nie, po prostu zamierzałam popracować z Diamentem.. - powiedziała niepewnie.
- Proszę, pracuj. - uśmiechnęłam się wskazując na boks.
Siostra spojrzała na mnie zdezorientowana i podeszła do drzwi. Uśmiechnęłam się do siebie i wyszłam ze stajni.




Nelly - Prolog

Promienie dopiero wstającego słońca dostawały się przez szpary rolet do mojego pokoju, subtelny wiatr kołysał śnieżnobiałe firanki. Dotarł do mnie zapach świeżo rosnących wrzosów. Początek września zbliżał się wielkimi krokami, więc to jak najbardziej porównywalny zapach do tego nadchodzącego miesiąca.
Osunęłam się i wstałam na równe nogi. Przeszył mnie zimny dreszcz, stąpając powoli po zimnych kafelkach. Wyciągnęłam z szafy ręcznik, kosmetyczkę i ubrania, kierując się w stronę łazienki, próbowałam odplątać gumkę z za kołtunionych loków.
Zapatrzyłam się w lustro, moje odbicie rozpływało się poprzez ścigające się krople wody. Poprawiłam prawie suchy kosmyk za ucho i rozczesałam swoją jasną czuprynę. Włosy spięłam w niesforny kok, pojedyncze, które wydostały się z koka łaskotały mnie w kark.
Nałożyłam na siebie najzwyklejszą, bawełnianą koszulę z kołnierzykiem i wkasałam ją do spodni, a na wierzch założyłam błękitną bluzę.
Schodząc po skrzypiących schodach, skierowałam swój wzrok ku oświetlonej słońcem kuchni.
Stanęłam w progu wpatrując się w jedną z sióstr, która przegryzając świeżego crossanta i popijając poranną kawę, wertowała kartki dzisiejszej gazety.
- Piszą o nas. - powiedziała odstawiając pusty kubek na blat
- Jak to, co piszą? - podeszłam do szafki z której wyciągnęłam wszystkie produkty spożywcze do zrobienia śniadania
- O naszych metodach, jak działa na konie. "Naprawdę uzdrawia czy szkodzi?" - zacytowała
- Przecież nie jesteśmy cudotwórcami i nie uzdrawiamy koni, my je oduczamy złych nawyków, narowów.
- Nie wiedzą już o czym mają pisać... Ale popatrz na to z innej strony, nasz ośrodek jest bardziej popularny, przez takie napisane skrawki.
- Jasne, spodziewaj się mnóstwa telefonów i listów. - przewróciłam oczami. - Ile razy byłyśmy w tej gazecie, i ile razem nie przyniosło nam to żadnej korzyści. Myśl logicznie, szukają jedynie punktu uczepienia.
Sylvia bez słowa odstawiła gazetę na stół i zaczęła zmywać swoje brudne naczynia.
- A ty jak zwykle, jesteś jako jedyna do wszystkiego negatywnie nastawiona. - odkręciła strumień wody
- Pytałaś się co sądzi o tym Lucy?
- Niestety, wyszła dzisiaj nawet nie zjadając jej porcji, którą przygotowałam.
- Mówiła ci gdzie idzie? - spytałam się jak zwykle bezinteresownej siostry
- Nie zdążyłam się zapytać.
Westchnęłam. Kiedy tylko skończyłam przygotowywać dla siebie śniadanie, od razu wzięłam się za jedzenie. Przez noc, zawsze staję się głodna.
- Co zamierzasz dzisiaj robić? - wycierała mokre ręce
- Dzisiaj będę pracowała nad kondycją Diamenta, jako iż jest wychudzony najpewniej traci swoją formę. Musi ją odzyskać. - uśmiechnęłam się w stronę Sylvii
- A Szafir? - usiadła obok mnie
- Wieczorem wybiorę się z nim w teren, długo już nie chodził, a teren będzie idealnym rozluźnieniem. Wrócę przed karmieniem, prawdopodobnie. Zresztą, nawet jeśli nie, to dacie sobie radę z sianem i owsem.
- Damy sobie radę z tak małą ilością koni.
- Nie wymyślaj znowu, dobrze? Nasz ośrodek rozwija się w dobrą stronę, a ty jak zwykle chcesz wszystko zapeszyć. Lepiej zejdź mi z oczu, bo nie chcę tracić pogodnego humoru.
Siostra trzasnęła wyjściowymi drzwiami i przez okno było widać jedynie jej cień.
Odstawiłam naczynia do zlewu i wybrałam się do korytarza, w którym założyłam na nogi czarne, skórzane sztyblety.
Wyszłam przed dom, kierując się w stronę dziedzińca. Z budynku dobiegały głośne rżenia, słychać było również piskliwe odgłosy źrebaka.
Usłyszałam głośne zamknięcie boksu Diamenta, z którego wyłoniła się Ece, co ona tutaj robi, przecież Sylvia powiedziała mi, że wyszła z domu...