sobota, 13 grudnia 2014

Nelly - Wyścig z wiatrem

Dobrej pogody jak nie było, tak nie ma. Słońce, schowane za grubą warstwą chmur od czasu do czasu poświeci swoimi bladymi promieniami...
Po porannej zabawie z wałachami dałam ich chwile wytchnienia na łące, na której zaraz puścili się żwawym galopem, oczywiście towarzyszyły temu głośne rżenia i wysokie barany. Diament powoli odzyskuje swoją formę z czego niesamowicie się cieszę, kiedy do nas przyjechał był obrazem nędzy i rozpaczy. Żebra, które mogłam policzyć bez problemu, zadrapania i kilka niezagojonych do końca ran.
Zmieniła go głównie terapia ziołowa, z której korzystam od zalania dziejów, kilka wywarów, które przygotowałam natychmiast zadziałały, a koń na nowo cieszył się życiem.
Wybrałam się do paszarni, zaciągając na dłonie rękawy.
- Co za nieprzyjemny wiatr... - mruczałam sama do siebie
Weszłam po schodkach. Gdy zamknęłam za sobą drewniane drzwi, obiła się o mnie fala ciepła, która wydobywała się z rozpalonych kominków. Podeszłam do stołu, gdzie były porozrzucane otręby i owies. Zamaszystym ruchem zmiotłam wszystko z powierzchni deski, wyrzucając resztki do kosza na śmieci. Sięgnęłam po wiaderko, do którego wsypałam jedną miarkę zmielonej dzikiej róży oraz parę sproszkowanych kozieradek. Dosypałam otrębów i do pełna napełniłam rozmielonym owsem. Gołymi rękami wymieszałam papkę dla Diamenta i na koniec wlałam szklankę wody. Wzięłam metalowy uchwyt i wyszłam z pomieszczenia, szczelnie zamykając drzwi.
Weszłam do stajni, wszystkie konie wyciągnęły łby zza boksów i patrzyły na zmieszane nasiona, które niosłam w przezroczystym wiaderku. Nie obyło się bez kilku kopnięć o drzwi boksów, więc czym prędzej weszłam do pustego "mieszkania" wałacha i wsypałam całą zawartość do opróżnionego żłoba.
Chwilę potem postanowiłam rozglądnąć się po ośrodku, czy przypadkiem czegoś nie sprzątnąć, nie przywrócić do porządku. Słońce w tym czasie wyszło zza szarych chmur i rozświetliło wybiegi i łąkę, na której pasły się gniadosze. Uśmiechnęłam się sama do siebie, a porządek pokwitowałam skinięciem głowy.
Przebrana w kremowe bryczesy i białą bluzkę z kołnierzem, spojrzałam na zegarek, który wskazywał godzinę 17:08.
- Chyba już kolej na Szafira.
Biegiem popędziłam do siodlarni, z której wyciągnęłam skórzane siodło mojego wałacha, pod kolor wzięłam białe ochraniacze oraz czaprak, który niedawno nabyłam. Wychodząc złapałam ogłowie razem z wytokiem i pobiegałam pod boks, który znajdował się na zewnątrz stajni.
- I co maluchu, gotowy na przejażdżkę? - otworzyłam drzwi, a na stojak powiesiłam siodło oraz resztę rzeczy, które trzymałam w rękach.
Zakładając na jego szyję uwiąz, wyprowadziłam Szafira przed boks i przywiązałam do uchwytu.
- Mój kochany... - szepnęłam, gładząc szyję siwusa
Wzięłam ogłowie i nałożyłam prędko na jego łeb, dokładnie zapinając wszystkie potrzebne paski.
Usadowiłam czaprak na jego grzbiecie i ostrożnie dopasowałam siodło, montując poprawnie wytok, zapięłam popręg, dociągając wystarczająco. Rozwinęłam strzemiona i zajęłam się ochraniaczami, które pozapinałam na wszystkie cztery nogi wałacha.
Kiedy wszystko już było perfekcyjnie ułożone założyłam toczek i rękawiczki, odwiązałam uwiąz i skierowałam się na dużą ujeżdżalnie.
Porozstawiane były rozmaite przeszkody, przez co nasz trening wcale nie będzie nudny.
Szybkim ruchem wsiadłam na Szafira i od razu skierowałam go na ścianę samymi łydkami. Przykładałam raz jedną raz drugą, aby wałach trzymał odpowiednią szybkość i żwawość swojego stępa. Wiatr przestał wiać, a słońce grzało prosto w naszą drogę. Pogładziłam Szafira i przyłożyłam łydki do jego boków, koń zakłusował, a ja od razu złapałam rytm kłusa anglezowanego.
Robiliśmy wolty i półwolty, co urozmaicało naszą pracę.
Po kilku okrążeniach kłusem, postanowiłam najechać na szereg przeszkód do 50 centymetrów, nakierowałam Szafir na niego, a koń przejechał perfekcyjnie, wszystkie przeszkody były idealnie prosto najechane, co ułatwiało wałachowi skoki.
Kiedy wjechaliśmy na ścianę, od narożnika zaczęłam galopować w półsiadzie.
Skróciłam wodzę i zrobiłam parę kółek zanim najechałam na większą przeszkodę. Szafir miał ogromną ilość energii w sobie, co postanowiłam na dzisiejszym treningu wykorzystać. Zrobiłam woltę w galopie i najechałam na metrową stacjonatę, przed skokiem zacisnęłam łydki, a koń zrobił wysoki zapas. Poklepałam go po szyi i skierowałam go na kolejną przeszkodę, którą już przeskoczył wspaniale, bez dużego wybicia.
Galopowałam po ścianie, oddałam mu wodzę, aż w końcu je puściłam, uniosłam ręce na boki i usiadłam w pełnym siadzie. Ten koń jest niesamowicie wygodny, przez co utrzymywanie równowagi na nim było niezwykle łatwe jak i przyjemne. Przyciskałam do jego boku pięty, aby nie zwalniał, a wręcz przeciwnie - przyspieszał. Po paru minutach złapałam skórzane wodze i zwolniłam jego chód do stępa. Rozmyślałam, co by teraz zrobić, aż wpadłam na pomysł wyjechania w teren i rozluźnienia się na przeogromnej łące.
Skierowałam się w stronę wyjścia i kłusem wyjechałam ze stajni, kierując się na pola niedaleko stadniny. Rozejrzałam się, słońce uderzyło swoim blaskiem, dlatego odwróciłam natychmiast wzrok i skierowałam go pomiędzy uszy konia. Przycisnęłam łydki, a koń zaczął galopować przed siebie, naciskałam piętami i rozluźniłam ucisk na wodzach, koń zaczął cwałować, jeszcze nigdy nie czułam takiej adrenaliny. Było niesamowicie! Odpuściłam całkiem wodze, a koń jeszcze bardziej przyspieszył. Wyścig z wiatrem - czyli to co najbardziej lubimy...

piątek, 21 listopada 2014

Nelly - Poranne rozluźnienie

Odsunęłam żelazną zasuwę i delikatnie otworzyłam drzwi boksu Diamenta. Spojrzałam na jego łeb z odmianą na czole, wyszukujący w słomie kawałków siana. Poczęstowałam go kostką białego cukru i nałożyłam na jego łeb błękitny kantar. Wyprowadziłam go przed boks, przywiązując do świeżo wymalowanych prętów uwiąz. Diament trącił mnie swoim nosem i uniósł chrapy w górę, ukazując swoje lśniące zęby. Uśmiechnęłam się do niego, poprawiając jego grzywkę, która podczas pobytu w boksie roztrzepała się w każdą stronę.





Sięgnęłam po worek, w którym wisiały szczotki wałacha. Wyciągnęłam iglaka i delikatnie potraktowałam jego sklejki na boku, przejechałam mu kilka razy grzywę, wyciągnęłam kawałki słomy i siana z ogona i zajęłam się kopytami. Schyliłam się, łapiąc w odpowiednim miejscu jego nogę, stanowczo mówiąc mu zrozumiałe polecenia. Zamiotłam słomę do boksu Diamenta i wyruszyłam z nim w stronę wybiegu treningowego, na którym prawdopodobnie czekał Rosario. Oboje potrzebują dobrego rozruchu z rana.
Jednym ruchem ściągnęłam kantar Diamentowi
i powiesiłam na ogrodzeniu. Młody wykorzystał chwilę nieuwagi i popędził galopem do swojego padokowego przyjaciela. Zaśmiałam się, wzięłam ze sobą wąską obręcz i wyruszyłam w stronę iskających się wałachów.
Stanęłam pomiędzy nimi, zawieszając żółtą obręcz na ramię. Gniadosze wąchały nieznany im przedmiot, podejrzliwie na niego patrząc.
Diament zaczepiał nosem o krawędź plastiku, a Rosario raczej trzymał się od niego z daleka.
Przytrzymałam obręcz dwoma rękami, wyciągając go powoli do przodu. W dłoniach, zaczęłam to ostrożnie i szybko obracać. Rosario odskoczył do tyłu, a za nim Diament, który raczej nie był pewny swojej decyzji. Chwyciłam ponownie dwoma rękami obręcz i tym razem wolniej przesuwałam oraz ruszałam nim na boki. Wałachy zainteresowane, zaczęły ponownie zbliżać się do obiektu, wyciągnęli oboje łby i podeszli, swobodnie dotykając łbem koła.
- Dobrze... - powiedziałam spokojnie, przekładając to do jednej ręki, a drugą, zaczęłam gładzić pysk gniadoszów.

piątek, 24 października 2014

Lukrece - Poranek w stajni

Wyszłam z domu wczesnym rankiem zostawiając moją zaspaną siostrę z posiłkiem, który dla mnie przygotowała i pobiegłam do stajni. Powoli i ostrożnie otworzyłam wielkie brązowe drzwi budynku. Wszystkie głowy koni gwałtownie się podniosły, a ja wyszeptałam ostrożne "Czeeść" do wszystkich koni. Kilka z nich zarżało, ale ja od razu skierowałam się do dużego boksu z niewymienionymi drzwiami. Koń łagodnie zarżał i trącił mnie nosem, gdy wślizgnęłam się do środka. Pogłaskałam konia po nosie i powiedziałam prawie niedosłyszalnie: - Mam dużo roboty, ale przyjdę później i wszystko Ci wynagrodzę. Podałam Sante miętusa i poszłam do paszarni.
Wydzieliłam wszystkim koniom porcje owsa oraz napełniłam siatki na siano. Przyniosłam wszystko do stajni i rozdałam koniom. Posprzątałam paszarnię, pozamiatałam, napoiłam konie. Następnie wybrałam się do boksu Tear, nowej klaczy, którą będę leczyć. Jej przeszłość była czymś, czego nie mogę sobie nawet wyobrazić. Była bita, wiązana i głodzona. U weterynarza doszła do siebie, lecz tylko ze strony fizycznej. Psychicznie jest to koń całkowicie zniszczony. Pamiętając o jej przeżyciach i obecnym stanie postanowiłam zacząć wszystko do początku. Zważając na to, że podczas karmienia konie zwracają mniejszą uwagę na to co sie wokół nich dzieje postanowiłam sprawdzić na co mogę sobie pozwolić przy Tear i na jakim etapie znajduje się nasza praca. Na początku po prostu stanęłam przy jej boksie i czekałam na reakcję. Klacz popatrzyła tylko na mnie ze strachem, lecz po chwili wróciła do swojego posiłku. Była już do mnie trochę przyzwyczajona dzięki temu, że była u nas już 2 tygodnie aklimatyzując się. Zdecydowałam się na następny krok. Powoli otworzyłam zasuwę i stanęłam w drzwiach jej boksu, klacz jednak nie zwróciła na mnie uwagi. Wyciągnęłam przed siebie rękę, a wtedy hanowerka gwałtownie odskoczyła w głąb boksu. Starałam się uspokoić ją głosem, ale nie wycofałam się. Stałam tak jakieś 10 minut z wzrokiem wlepionym w ziemię. Nie podnosząc głowy wyszłam i uznałam króciutką sesję za udaną. Szybkim krokiem udałam się na pole gdzie nazrywałam ziół, których zapasy wyczerpywały się.
Zanosząc lecznicze rośliny sięgnęłam po nóż i na niewielkim blacie posiekałam trochę rokitnika i imbiru, resztę powiesiłam przy szafce, aby mogły się ususzyć. Poszłam do stajni spokojnym krokiem i udałam sie prosto do naszego nowego lokatora - wychudzonego Diamenta. Weszłam do jego boksu i korzystając z tego, że nie zjadł jeszcze swojej paszy wsypałam wałachowi przygotowaną mieszankę ziołową. Imbir zwiększał apetyt, a rokitnik poprawiał przyswajalność składników odżywczych. Przejechałam ręką po jego bokach. Ciężko się patrzyło na tak wychudzonego konia. Poklepałam Diamenta, wyszłam z boksu i z wielką siłą pchnęłam oporną zasuwę. Wtedy zauważyłam wyłaniającą się z cienia Nelly. Uśmiechnęłam się delikatnie i skierowałam w jej stronę.
- Co tu robisz?! Sylvia powiedziała, że wyszłaś z domu.. - wyrzuciła siostra.
- No tak, zgadza się.
- Ale.. - wpatrywała się we mnie z grymasem.
- Wyszłam z domu i cały ranek spędziłam w stajni. - uświadomiłam jej.
- Aha, już rozumiem..
- Coś się stało?
- Nie, po prostu zamierzałam popracować z Diamentem.. - powiedziała niepewnie.
- Proszę, pracuj. - uśmiechnęłam się wskazując na boks.
Siostra spojrzała na mnie zdezorientowana i podeszła do drzwi. Uśmiechnęłam się do siebie i wyszłam ze stajni.




Nelly - Prolog

Promienie dopiero wstającego słońca dostawały się przez szpary rolet do mojego pokoju, subtelny wiatr kołysał śnieżnobiałe firanki. Dotarł do mnie zapach świeżo rosnących wrzosów. Początek września zbliżał się wielkimi krokami, więc to jak najbardziej porównywalny zapach do tego nadchodzącego miesiąca.
Osunęłam się i wstałam na równe nogi. Przeszył mnie zimny dreszcz, stąpając powoli po zimnych kafelkach. Wyciągnęłam z szafy ręcznik, kosmetyczkę i ubrania, kierując się w stronę łazienki, próbowałam odplątać gumkę z za kołtunionych loków.
Zapatrzyłam się w lustro, moje odbicie rozpływało się poprzez ścigające się krople wody. Poprawiłam prawie suchy kosmyk za ucho i rozczesałam swoją jasną czuprynę. Włosy spięłam w niesforny kok, pojedyncze, które wydostały się z koka łaskotały mnie w kark.
Nałożyłam na siebie najzwyklejszą, bawełnianą koszulę z kołnierzykiem i wkasałam ją do spodni, a na wierzch założyłam błękitną bluzę.
Schodząc po skrzypiących schodach, skierowałam swój wzrok ku oświetlonej słońcem kuchni.
Stanęłam w progu wpatrując się w jedną z sióstr, która przegryzając świeżego crossanta i popijając poranną kawę, wertowała kartki dzisiejszej gazety.
- Piszą o nas. - powiedziała odstawiając pusty kubek na blat
- Jak to, co piszą? - podeszłam do szafki z której wyciągnęłam wszystkie produkty spożywcze do zrobienia śniadania
- O naszych metodach, jak działa na konie. "Naprawdę uzdrawia czy szkodzi?" - zacytowała
- Przecież nie jesteśmy cudotwórcami i nie uzdrawiamy koni, my je oduczamy złych nawyków, narowów.
- Nie wiedzą już o czym mają pisać... Ale popatrz na to z innej strony, nasz ośrodek jest bardziej popularny, przez takie napisane skrawki.
- Jasne, spodziewaj się mnóstwa telefonów i listów. - przewróciłam oczami. - Ile razy byłyśmy w tej gazecie, i ile razem nie przyniosło nam to żadnej korzyści. Myśl logicznie, szukają jedynie punktu uczepienia.
Sylvia bez słowa odstawiła gazetę na stół i zaczęła zmywać swoje brudne naczynia.
- A ty jak zwykle, jesteś jako jedyna do wszystkiego negatywnie nastawiona. - odkręciła strumień wody
- Pytałaś się co sądzi o tym Lucy?
- Niestety, wyszła dzisiaj nawet nie zjadając jej porcji, którą przygotowałam.
- Mówiła ci gdzie idzie? - spytałam się jak zwykle bezinteresownej siostry
- Nie zdążyłam się zapytać.
Westchnęłam. Kiedy tylko skończyłam przygotowywać dla siebie śniadanie, od razu wzięłam się za jedzenie. Przez noc, zawsze staję się głodna.
- Co zamierzasz dzisiaj robić? - wycierała mokre ręce
- Dzisiaj będę pracowała nad kondycją Diamenta, jako iż jest wychudzony najpewniej traci swoją formę. Musi ją odzyskać. - uśmiechnęłam się w stronę Sylvii
- A Szafir? - usiadła obok mnie
- Wieczorem wybiorę się z nim w teren, długo już nie chodził, a teren będzie idealnym rozluźnieniem. Wrócę przed karmieniem, prawdopodobnie. Zresztą, nawet jeśli nie, to dacie sobie radę z sianem i owsem.
- Damy sobie radę z tak małą ilością koni.
- Nie wymyślaj znowu, dobrze? Nasz ośrodek rozwija się w dobrą stronę, a ty jak zwykle chcesz wszystko zapeszyć. Lepiej zejdź mi z oczu, bo nie chcę tracić pogodnego humoru.
Siostra trzasnęła wyjściowymi drzwiami i przez okno było widać jedynie jej cień.
Odstawiłam naczynia do zlewu i wybrałam się do korytarza, w którym założyłam na nogi czarne, skórzane sztyblety.
Wyszłam przed dom, kierując się w stronę dziedzińca. Z budynku dobiegały głośne rżenia, słychać było również piskliwe odgłosy źrebaka.
Usłyszałam głośne zamknięcie boksu Diamenta, z którego wyłoniła się Ece, co ona tutaj robi, przecież Sylvia powiedziała mi, że wyszła z domu...