Po skończonej kolacji, sprzątaniu i zmywaniu naczyń każda z nas udała się do swojego pokoju. Ja postanowiłam się trochę odprężyć. Wpuściłam do wanny dużo ciepłej wody oraz wlałam aromatyczny, lawendowy płyn do kąpania. Prawdopodobnie zużyłam go zbyt wiele, gdyż cała wanna pokryła się obfitą pianą, wypływającą nawet poza wannę. Zdecydowałam się jednak tym nie przejmować i natychmiast wskoczyłam do wody. Ułożyłam podgłówek tak, by było mi wygodnie i zamknęłam oczy, myśląc już tylko o lawendowej woni wypełniającej całe pomieszczenie. Po 15 minutach uznałam, że jestem wystarczająco odprężona i wyszłam z wanny. Wytarłam ciało do sucha i ubrałam kolorową koszulkę oraz getry, strój w którym śpię. Włosy wysuszyłam suszarką, a następnie zaplotłam na nich kilka warkoczy. Weszłam do swojego pokoju i odpaliłam laptopa. 161 powiadomień. Westchnęłam i z powrotem zamknęłam urządzenie. Nie miałam ochoty, by w tym momencie odpisywać na miliard wiadomości i sprawdzać cudowne komentarze przy zdjęciach oraz postach o mnie, Green Valley i koniach. Założyłam krótkie, białe conversy i zeszłam na dół. Włączyłam światło, wyciągnęłam z szafki kruchego gofra i usiadłam w pomieszczeniu, które było dla nas kuchnią, jadalnią jak i holem, po prostu pokojem dziennym, gdzie wszystko się działo. Sięgnęłam po gazetę leżącą na stole i przeleciałam ją wzrokiem. Nic nie przykuło mojej uwagi, więc zajęłam się jedzeniem doskonale przypieczonego gofra i wsłuchiwaniem się w ciszę. Sylvia i Nelly były już pewnie w pokojach, oglądały telewizję lub używały laptopów. Wyjrzałam przez okno, wszędzie ciemność oblewająca całe Green Valley i głucha cisza, którą zakłócały tylko pieśni wykonywane przez świerszcze. Nagle przyszła mi do głowy nietypowa myśl. Ubrałam pierwsze lepsze buty leżące pod drzwiami, a następnie sięgnęłam po kurtkę, noce są jeszcze chłodne. Spojrzałam w stronę schodów i nasłuchiwałam przez kilka sekund czy żadna z sióstr nie wychodzi z pokoju. Ostrożnie otworzyłam drzwi, lecz nagle usłyszałam skrzypienie podłogi. Wstrzymałam oddech i patrzyłam wyczekująco, czy ktoś zejdzie, czy nie. Przez dłuższy czas nic się nie działo, więc zamknęłam za sobą drzwi i wyszłam na podwórze. Od strony stajni dochodziło do mnie ciepłe, kojące światło. Ruszyłam szybkim krokiem do stajni i od razu przy wejściu zapaliłam lampy. Powoli weszłam do stajni szepcząc uspokajające słowa. Wszystkie konie podniosły do góry głowy i nastawiły uszy, by chwilę później z ulgą wrócić do skubania aromatycznego siana. Weszłam na chwilę do boksu Sante i wtuliłam twarz w jego miękką, szarą grzywę. Koń położył głowę na moim ramieniu i wesoło prychnął. Pogłaskałam siwusa po czole i udałam się na koniec stajni. Tear stała w boksie ze zmierzwioną sierścią oraz słomą wplątaną w grzywę i ogon, lecz nie dała się nawet w tych miejscach dotknąć. Poszłam do paszarni i wyjęłam maleńką buteleczkę olejku z drzewa herbacianego. Zmieszałam go z olejkiem z sandałowca, a następnie wylałam go sobie na dłonie i poszłam do klaczy. Otworzyłam drzwi jej boksu w sporej odległości i wyciągnęłam ręce przed siebie. Musiałam trochę czekać, ale w końcu klacz nie mogła wytrzymać i intensywne zapachy skusiły ją. Początkowo stała bardzo czujnie i niepewnie na mnie spoglądała. Po kilkunastu minutach zaczęła jednak się odrobinę rozluźniać i chętnie zlizywać lecznicze olejki. Taka mieszanka powinna za kilka godzin zadziałać i rano Tear będzie już choć trochę spokojniejsza i bardziej rozluźniona. Umyłam ręce, zgasiłam światło i szybko wróciłam do domu. Wbiegłam po schodach prawie niedosłyszalnie i wśliznęłam się do swojego pokoju. Była 23.47. Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam układać sobie plan na jutrzejszy dzień pracy z końmi. Byłam taka zmęczona, że nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
CDN

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz